wtorek, 18 lutego 2014

Jak rozwijała się moja kariera zawodowa i za co dziś jestem wdzięczna :)


W tytule tekstu napisałam "jak rozwijała się", a nie "jak rozwijałam". Myślę, że to jedno z kluczowych zdań, które opisuje, w jaki sposób postrzegałam siebie, rozwój zawodowy i pracę jeszcze jakiś czas temu.Ale od początku. Po skończeniu studiów miałam głowę pełną pomysłów na siebie, na swoje życie i na pracę. Stworzyłam listę około 10 zajęć, które mogłabym wykonywać, choć wcale nie koniecznie chciałam, lecz wśród osób kończących mój kierunek te właśnie prace cieszyły się największym powodzeniem. Większość z nich jednak okazała się chybiona w zderzeniu z rzeczywistością - przynajmniej teoretycznie. Po prostu brakło mi samozaparcia, siły i entuzjazmu. Szczególnie tego ostatniego, bo jak tu mieć entuzjazm w stosunku do czegoś, czego w ogóle się robić nie chce?

W końcu wybrałam ostatnią opcję z listy - bo dostałam propozycję i tak jakoś, z braku innej, lepszej ją przyjęłam. Coś musiałam przecież robić. Coś byle jakiego, niechcianego, marnie opłacanego. A potem moje życie samo się potoczyło - przypadki, polecenia, skierowania, ze skrajności w skrajność, z niskiego stanowiska na wyższe , skoki z branży do branży. Bez sensu, bez logiki, bez chęci, byle by tylko przeżyć, od czasu do czasu kupić sobie coś ładnego i trochę odłożyć na tzw. czarną godzinę. I może gdyby nie wypowiedzenie otrzymane w mojej ostatniej pracy, to bym się nie zatrzymała, tylko toczyła siłą rozpędu przez nijakość, ciągle zastanawiając się, co robię nie tak i dlaczego innym się udaje, a mnie nie i ile jeszcze nerwów będzie mnie kosztowało każde następne zajęcie (i siwych włosów, i pogarszającej się astmy, i zmarszczek itp. itd.).

A zatem zdarzył się przełom. Dzień po urodzinach, po trzech latach pracy (cóż za wysublimowany "prezent" - myślę, że Wszechświat doskonale wie, co robi, ale o nim za moment) dostałam mocnego kopa w cztery litery, poprzedzonego kilkutygodniowymi podchodami w postaci podłego traktowania. Szok i niedowierzanie. Trauma. Wściekłość, bluzgi, złorzeczenia (po cichutku, pod noskiem, pod płaszczykiem obojętności dzika żądza skręcenia karku osobie siedzącej na przeciwko mnie). Tyle destrukcyjnych emocji, bo ego dostało policzek. Ach, proszę mi nie współczuć. Wszechświat napełniał się powoli moimi myślami, marzeniami, pragnieniami i musiał wybuchnąć. W końcu ja płynęłam niesiona prądem, codziennie rano myśląc o tym, by stało się coś, cokolwiek, żebym już nie musiała tam przychodzić. No i się stało. Dzięki Bogu. Nie tak, jakbym sobie życzyła, ale widocznie tak, jak było mi potrzebne.

Nagle otwarło się przede mną milion nowych możliwości. Nie miałam pracy, ale miałam wszystko. Siebie, swój potencjał, pełno nowych dróg, aż nie wiadomo, którą wybrać, którą podążyć. I te pytania w głowie: co robić? Co chcę robić? Co zawsze chciałam robić? A do tego przeświadczenie, że nadszedł właściwy moment, że to już, że teraz jest najlepszy czas, by zacząć żyć i robić to, co powinnam, po co się urodziłam, do czego mam największy talent. Odpowiedź była i jest prosta: pisać. I czerpać satysfakcję z tego, że moje teksty pomagają ludziom. Obecnie mam tego bloga i niezmiernie wielką satysfakcję, że jest on czytany, a moje słowa dają innym wsparcie oraz inspirację.

Kiedyś poznałam pisarkę, która dała mi szansę zaistnieć literacko, za co jestem jej dziś bardzo wdzięczna. Na początku swojej drogi nie potrafiła znaleźć wydawnictwa, które by opublikowało na korzystnych warunkach jej pierwszą powieść (dobrą, ciepłą lekturę dla kobiet, które stoją na życiowym rozdrożu, książkę, która pomogła mi dostrzec ważne rzeczy, zrozumieć je i dokonać wyboru, w jaki sposób chcę dalej żyć). Myślę, że wiele osób po kilku nieudanych próbach nawiązania współpracy z wydawnictwem po prostu schowało by swoje dzieło w jakiejś przepastnej szafie z myślą, że albo zjedzą ją myszy albo wnuki za ileś tam lat znajdą ją, przeczytają i wydadzą. A ona po prostu znalazła odpowiednie dofinansowanie, założyła swoje wydawnictwo i dziś wydaje nie tylko swoje powieści, ale również pomaga młodym twórcom. Po co o niej piszę? Bo to przykład - samozaparcia, wiary w siebie i entuzjazmu w dążeniu do celu. Ta kobieta osiągnęła sukces - zrealizowała swoje marzenia, ale nie po to, by karmić swoje ego, ale by pomagać. Daje innym twórcom możliwość literackiego spełnienia się, a jednocześnie realizuje swoje kolejne cele. Może moja droga jest podobna? Pisać, tworzyć, wydawać, pomagać?

A zatem dziś jestem wdzięczna za każdy "kopniak" w mojej drodze zawodowej. Dzięki nim jestem tu, gdzie jestem, nieustająco wierząc w doskonałą mądrość Wszechświata. Pełna entuzjazmu, świadoma tego, kim jestem i czego chcę. Gotowa na podjęcie ryzyka. Gotowa, by działać.

5 komentarzy:

  1. Tam, gdzie zamykają się jedne drzwi otwiera się tysiące innych:) Cudowna historia. Sama jestem w podobnej sytuacji, tyle, że nie mam pojęcia co chcę robić-ze wzgledu na niską samoocenę myślę że do niczego sie nie nadaje. Mam pracę, ciekawą, z fajnymi ludzmi, ale nie mogę się w niej rozwijać. Szukam szukam i nie wiem co chce robic dalej w życiu-chce byc w czymś dobra, poświęcic sie pasjo-pracy:)) Czekam na swój kopniak....

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem wydaję nam się, że spotyka nas coś złego, a tak naprawdę w konsekwencji jest to coś dobrego. Dlatego nigdy nie można się załamywać!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wdzięczność to wspaniałe uczucie, które lubię u siebie gościć :-)
    Daje nam poczucie spełnienia i uświadamia jak wiele udało nam się osiągnąć.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Jedną z ważniejszych rzeczy jakie warto poznać to fakt że dualizm jest absolutną bzdurą!
    Nie ma czegoś takiego jak dobre czy złe. Kiedy mówi się że ktoś jest dobry, większość ludzi ma na myśli "Spełnił moje oczekiwania", kiedy jest zły "Zawiódł moje oczekiwania". Od jakiegoś już dłuższego czasu staram się traktować WSZYSTKICH ludzi jak nauczycieli, WSZYSTKIE sytuacje jak lekcję. Życie to jedna wielka szkoła! Gratuluję Ci takiego podejścia. Jest to ogromny sukces być szczerym sam ze sobą. Szukać rozwiązań tam gdzie wydają się być jedynie ograniczenia to wielka sprawa. Sam nie wiem ile razy upadłem, ile razy dostałem kopa od życia. Bywałem w takich miejscach, w takich sytuacjach że ciary idą po plecach... Ale nic, dopiero kiedy przestałem uważać że to świat się na mnie mści, dopiero kiedy zrozumiałem że czasami potrzebuję kopa na przebudzenie, rozwinąłem się. "Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło" a Życie, Istnienie, Bóg czy Wszechświat jak zwał tak zwał, zawsze znajdzie takie doświadczenie które pozwoli się rozwinąć. Zawsze pozostawi nas w tym doświadczeniu tak długo jak będzie to potrzebne, czy się nam podoba czy nie :)
    Wyjścia są dwa, albo się podać, zrzucić odpowiedzialność za siebie i zgnić w ciemnym rowie, albo wykorzystać wszystko co niesie los i się rozwinąć.
    Pozdrawiam Aquarius.

    OdpowiedzUsuń
  5. W pełni zgadzam się z tym, co napisałaś.
    Mam krewną, która miała męża, który dość dobrze zarabiał, a ona siedziała w domu. Po kilkunastu latach małżeństwo się rozpadło, a ona straciła dach nad głową..
    Poszła do pracy, zaczynała jako sprzątaczka. Obecnie jest szefową firmy i ma kasy jak lodu. Gdyby nie rozwód, pewnie do końca życia byłaby kurą domową..
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję serdecznie za każdy pozostawiony komentarz. Wasze komentarze dodają mi wiary, że to, co piszę jest interesujące i pomocne.