środa, 4 marca 2015

Jak pokochać siebie cz. II


Akceptacja samej siebie nigdy nie przychodziła mi łatwo. Przez długi czas należałam do osób, które widzą w sobie i w świecie głównie wady, a zalety tracą dla nich na znaczeniu. Przełomem dla mnie było rozpoczęcie krótkich, kilkuminutowych medytacji. Chciałam się pozbyć z serca kłującej gałązki, nauczyć się kochać siebie, akceptować ludzi takimi jakimi są i potrafić przebaczać. Uświadomiłam sobie, że zostałam powołana do życia, by kochać i być kochaną, a nie po to, by się zadręczać, martwić, by patrzeć na siebie i wszelkie aspekty swego życia w pesymistyczny sposób. Nauczyłam się zachwycać pięknem świata, najdrobniejszym źdźbłem trawy, bączkiem w kielichu kwiatu. Widzę odbicie doskonałości świata w sobie i dzięki temu jest mi łatwiej. Jednak praca nad sobą, nad zaakceptowaniem siebie takiej, jaką jestem nie przyszła mi tak łatwo. To ciągły proces, który dokonuje się nieustannie.

Pracując nad tym postem znalazłam synonim słowa "akceptacja" - "przyzwolenie". Piękne określenie i jakże dokładnie oddające istotę problemu. Akceptować w tym ujęciu oznacza przyzwalać sobie na bycie takim, jakim się jest, na posiadanie określonych cech, danej osobowości, wszystkich wad i zalet. Nie oznacza to, że nie musimy nic z tym robić, nie dążyć do doskonałości i niczego nie zmieniać. Przecież skoro kocham siebie, to chcę być jak najlepsza, to chcę szlifować siebie, swój charakter i kompetencje jak szlifuje się diament. Pozwolenie sobie na bycie taką, jaką się jest to punkt startowy - do rozwoju i doskonalenia się.

Moja droga do pełniej samoakceptacji to przede wszystkim praktyka wdzięczności. Przed zaśnięciem przypominam sobie wszystkie pozytywne rzeczy, które wydarzyły się od rana i dziękuję za nie. Po przebudzeniu leżę chwilkę i staram się poczuć wdzięczność za nadchodzący dzień. Myślę o tym, że będzie on dobry, bogaty i wspaniały, że zrobię wszystko, co sobie zaplanowałam. Staram się być wdzięczna za to, jaka jestem, za całe swoje życie, nawet te nie do końca udane sprawy, porażki i upadki - bo dzięki tym ostatnim nauczyłam się wiele.

Walczę również z moim wewnętrznym krytykiem. To on mi mówi, że nie powinnam starać się o pracę na miarę moich kwalifikacji, tylko o nieco gorszą - bo wtedy gorycz ewentualnej porażki będzie niższa. To jego głos w mojej głowie twierdzi, że się nie nadaję, nie zasługuję, że czegoś nie powinnam. W takich chwilach szukam kontrargumentów, powtarzam sobie, że jestem mądra, mam odpowiednie kwalifikacje i że zasługuję na wszystko, co najlepsze. Powtarzam to tak długo, aż jego głos ucichnie. Kilka lat praktyki sprawiło, że krytyk odzywa się coraz rzadziej, a jego zaklęcia słabną. Już mu nie wierzę. Bardziej ufam samej sobie. 

Link do części pierwszej: http://rozwoj-i-cele.blogspot.com/2014/09/jak-pokochac-siebie.html

1 komentarz:

  1. Warto zgłębić siebie i zaakceptować to jacy jesteśmy :)
    Dzięki analizie naszego wewnętrznego "ja" możemy dotrzeć do naprawdę wielkich pokładów motywacji, które są ukryte bardzo głęboko i nie potrafią się przebić przez nasze zwątpienie, oraz negatywne myśli.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję serdecznie za każdy pozostawiony komentarz. Wasze komentarze dodają mi wiary, że to, co piszę jest interesujące i pomocne.